Ubiegłoroczny debiut Idy Żmiejewskiej – „Warszawianka” – porwał mnie dogłębi, o czym pewnie już czytaliście, a jeśli nie to polecam przeczytać. Dlatego na początek chciałabym gorąco pogratulować autorce zdobycia Nagrody Specjalnej im. Janiny Paradowskiej w Konkursie Wielkiego Kalibru 2020. Bardzo mnie cieszy tak wielki sukces tej cudownej powieści stworzonej przez Idę, a wyróżnienie nagrodą imienia wielkiej dziennikarki jeszcze dobitniej to potwierdza. Podobnie jak słowa prof. Małgorzaty Omilanowskiej „historia skomplikowanych stosunków polsko-rosyjskich, opowiedziana w sposób świetnie oddający ducha bohaterów – jest powieścią o wielu odcieniach szarości, która usatysfakcjonuje nawet najbardziej wymagającego czytelnika”.
 
Po tak wyśmienitym początku wiedziałam, że cokolwiek by się nie działo na pewno sięgnę po kolejny tom Warszawianki. Przyszło mi na to czekać rok, a potem ogarnął mnie marazm gdy nie wiedziałam jak odpowiednio napisać o kontynuacji Warszawianki, tak aby zarówno oddać jej należne miejsce, jak i nie potraktować jak gorszej siostry. Dlatego recenzja ta pojawia się dopiero dzisiaj, gdy myśli się uspokoiły, wrażenia nadal są żywe, a głowa pełna słów.
 
  • Autor: Ida Żmiejewska
  • Tytuł: Gdy zgasną światła
  • Cykl: Warszawianka (tom 2)
  • Liczba stron: 432
  • Data premiery: 16.09.2020
  • Wydawnictwo: Skarpa Warszawska
 
 
Gdy zgasną światła zaskakuje nas od pierwszych stron, bo jakżeby inaczej, kiedy zaczynamy historię w momencie, gdy Woronin jest osadzony w więzieniu za morderstwo swojej kochanki. Do Warszawy powracają po prawie 2 latach pobytu w Szwajcarii panny Rapackie wraz z matką. Leontyna w tym czasie mocno wydoroślała, przejęła pieczę nad rodzinnymi finansami. Aleksander próbował ułożyć sobie życie po wyjeździe ukochanej, niestety aktorka z którą się spotykał ginie tragicznie zamordowana. Wszystkie dowody wskazują na Saszę, który milczy jak grób.
 
Tym razem opowieść bardziej skupia się na postaci Leontyny, która próbuje dojść prawdy o zabójstwie aktorki aby pomóc osadzonemu Aleksandrowi. I chociaż po pobycie w Szwajcarii Leontyna się zmieniła, usamodzielniła w pewnym sensie, to nadal miłość do zaborcy jest tym zakazanym owocem, po który jeszcze nie odważa się sięgnąć. Nie potrzeba wiele, by przekonać, Leontynę, że tym razem to ona powinna odkryć prawdę ciążącą na Aleksandrze. Krótka rozmowa z rodzinnym prawnikiem i Michałem Kaługinem zaprowadzi i ją i nas do zupełnie innego świata – świata kulis teatru, aktorek i biedoty. Czy Lenoczka sprawi, że Aleksander w końcu się odezwie? Tymczasem Aleksandra dosięgnie przeszłość o której pragnął zapomnieć. Sprawa jego osadzenia na tyle spoważnieje, by do Warszawy zawitał Nikita Andriejewicz Woronin, ojciec Saszki. Czy ta wizyta pomoże czy może zaszkodzi naszemu radcy tytularnemu?
 
Ida oczywiście zaskoczyła zakończeniem, ale chyba nie ja jedna czekam na jej kolejne powieści, wiec przyjęłam je z nadzieją na kontynuację niż smutkiem, że to już koniec. Oczywiście i tym razem nie zabrakło cudownych smaczków językowych z epoki. Któż z Was wie, że konkieta to wywarcie na kimś wrażenia, albo że koryfejka to solistka w balecie? Czytając o podstakannikach Ireny, przypomniały mi się rozmowy przy herbatce u babuni. Któż dzisiaj mówi jak Agata „nie przyszłam na ksiuty” i wie o co jej chodziło? Ida posiada niezwykły talent by w kilku magicznych, nieużywanych dzisiaj słowach przenieść nas w codzienność XIX wieku i mam gorącą nadzieję, że będzie to robiła nadal, a Warszawianka zostanie z nami na wiele lat.
 
Za możliwość przeczytania dziękuję Wydawnictwu Skarpa Warszawska
 
Moja ocena: 10/10 👍👍👍👍👍👍👍👍👍👍