Zakon świętego Brutusa, to trzeci kryminał historyczny wydany przez Skarpę Warszawską w ciągu kilku ostatnich miesięcy. Tym samym mam dla Was kolejną powieść po którą warto sięgnąć. Po raz kolejny akcja kryminalna przeplata się z historią Warszawy. Jak pewnie pamiętacie byłam zachwycona kryminałem historycznym Idy Żmiejewskiej Warszawianką. Przyznam, że trochę przesuwałam lekturę Zakonu, gdyż obawiałam się czy podoła temu co mnie zachwyciło w Warszawiance. Ten czas był zbawienny, zachwyt pozostał, ale trochę ochłonęłam, po drodze przeczytałam inne tytuły.

Szczegóły:
Wydawnictwo: Skarpa Warszawska
Ilość stron: 326
Cena: od 25,82zł
Gatunek: kryminał historyczny
Dla kogo: lubiących wątki kryminalne okraszone historią, z odrobiną suspensu i tajnych spisków
Losy bohaterów toczą się w przede dniu rozpoczęcia powstania listopadowego w 1830 r. gdy w Warszawie zaczyna się seria morderstw dawnego Zakonu Świętego Brutusa. Spiskowcy nie mając odwagi by uzyskać pomoc od carskiej policji zwracają się o pomoc do dawnego żandarma – Jacka Olszowskiego. Jeśli czytaliście Honor i zbrodnię Adama Podlewskiego mieliście okazję już go poznać. Jeśli nie, powiem Wam, że Olszowski jest bardzo ciekawą postacią, pięćdziesięciokilkuletni były wojskowy trwający w permanentnym związku z młodą Natalią, która z racji wieku i zainteresowań może mu dopomóc w śledztwie, a może też całkiem mocno zaszkodzić. Czy przyjaźń z księciem Konstantym okaże się pomocna? I najważniejsze czy uda mu się znaleźć mordercę na czas, tj. zanim zginą wszyscy spiskowcy? Po drodze poznamy jeszcze kilka dramatów elegancko wplecionych w fabułę, które dodają smaczku podobnie jak fakty i postaci historyczne. Auto zdecydowanie ma sporą wiedzę o mieście i zgrabnie zgrał ją z możliwymi sposobami prowadzenia w ówczesnych czasach śledztwa policyjnego i prywatnego. Nie będę ukrywać, że oczekiwałam po tej historii trochę więcej niźli tylko tła dla fabuły. Trochę jej było, ale nie marudziłabym gdyby było więcej. Wątek kryminalny dość wciągający i trzymający w napięciu do ostatnich stron. Mile, że zakończenie zostało rozwinięte w epilogu. Ciekawym zabiegiem było nazywanie każdego rozdziału „Pieśnią …”, pierwszy rozdział (Pieśń ognia i lodu) przywiódł mi na myśl Grę o tron i jakoś ta myśl pozostawała przy mnie przez całą lekturę. Być może w ten sposób autor chciał zostawić drobny ślad, że to jednak tylko fikcja, a nie realna historia, a może to jego osobista fascynacja literaturą fantasy 🙂 Czegoś mi tu zabrakło, ale prócz tego co napisałam wcześniej nie bardzo jestem w stanie złapać ten brak namacalnie. Dlatego z ochotą Wam polecam lekturę tej powieści, bo warto po nią sięgnąć.
Za możliwość przeczytania dziękuję – Wyd. Skarpa Warszawska 🙂
Moja ocena: 8/10 👍👍👍👍👍👍👍👍👍🤜