Niektóre moje wybory książkowe mocno mnie samą zaskakują. Pamiętam, że kiedyś pochłaniałam tytuły amerykańskiej autorki piszącej na podobne tematy Jean Sasson – kobiet Zachodu zakochujących się w mężczyźnie z Bliskiego Wschodu. Zderzenia kultury Zachodniej i Wschodniej. W tamtym czasie, była to literatura bardziej opowiadająca o fascynującej, kipiącej pieniądzem i czasem brutalnej kulturze islamu.

Z takim przeświadczeniem i podejściem siadałam do tego tytułu. Zapomniałam tylko, że od czasu kiedy czytałam powieści Jean Sasson minęło prawie 20 lat, a już wtedy historie opowiedziane w jej książkach były opublikowane u nas z prawie 10-letnim opóźnieniem. Jean nigdy też nie pisała pod pseudonimem, miała ten komfort i możliwość by pisać pod własnym imieniem i nazwiskiem. Pierwsze co powinno nas uderzyć w powieściach Laili Shukri to fakt, że są one pisane pod pseudonimem, prawdopodobnie ze względów bezpieczeństwa tylko przed kim? Pewnie bym musiała przeczytać inny tytuł Laili „Jestem żoną szejka”, aby wiedzieć o jej życiu choć odrobinę więcej.

Po książkę „Jestem żoną terrorysty” sięgnęłam dzięki @sfalowana. Nie wiem co myślałam zaczynając tą książkę, ale na pewno nie to co mam w głowie po przeczytaniu. Może zacznę od samej historii, bohaterką jest Klaudia, przeciętna pracownica korporacji jak z Mordoru, którą najpierw porzuca narzeczony, a potem porzuca ją korpo-praca. W kiepskim nastroju i humorze, nie mając nic wyjeżdża na wakacje do Maroka. Taka trochę bajka, ale tak właśnie bajkowo zaczyna się ta historia. Na miejscu jej przewodnikiem po kraju zostaje Rashid, przystojny, fascynujący i bardzo romantyczny Marokańczyk. Chodzący ideał. Ciężko powiedzieć czemu miała służyć ta początkowa bajka, być może by pokazać kontrast pomiędzy wyobrażeniem, a rzeczywistością. Bowiem bajka trwa, nawet gdy sceneria się zmienia i nasza piękna para zamieszkuje razem w Londynie, wśród przyjaciół Rashida i blisko przyjaciółki Klaudii. Żyją razem w tej cudownej bajce, poznając wiarę swoich partnerów – islam, do czasu gdy w obliczu ciąży konieczny staje się ślub.

Ale jak wyjść za mąż za muzułmanina, nie przechodząc na islam? Jak się okazuje dla chcącego nic trudnego i nawet to jest możliwe. I tutaj następuje zmiana, zmiana zachowania, podejścia, choć jeszcze nie wszystko jest tak oczywiste to widać już po sposobie pisania autorki, że gdzieś od połowy książki następuje transformacja. Klaudia nie jest naszą jedyną bohaterką, którą śledzimy. Do tego w treść powieści wplecione zostały fragmenty mówiące o tym jak wygląda terroryzm Państwa Islamskiego. Najbardziej przerażające w tej historii terroru jest nacisk na naukę terroryzmu już od najmłodszych lat – filmy z kilkuletnimi dziećmi posługującymi się karabinami, aplikacje do nauki terroryzmu. W którymś momencie autorka w myślach Klaudii przywołuje porównanie do hitlerowskiego Hitlerjungen. Nie czytałam zbyt dużo o Hitlerjungen, ale kilkuletnie dzieci uczące się zabijania niewiernych są o wiele bardziej przerażające niż hitlerowska młodzieżówka, która wcale miła i przyjemna nie była. To po prostu nowy poziom terroryzmu, wychowanie „w duchu terroryzmu”… przerażające do czego doszło i w jakich czasach przyszło nam żyć.

Warto przeczytać, choć mi nie do końca odpowiadała forma. Pierwsza część napisana jak w romansie, druga przeplatana co i rusz punktem widzenia innej postaci czy faktami. Coś mi w tym zgrzyta, choć nie ujmuję realizmu i tragiczności tej historii.

Cytaty:

Yves Saint Laurent „Marrakesz nauczył mnie kolorów”

Aisha dowiedziała się o aplikacji na telefon, która uczyła dzieci ataków terrorystycznych.

Nie zdawały sobie sprawy z tego, że właśnie zostały żonami terrorystów.

Za udział w BookTourze i możliwość przeczytania dziękuję @sfalowana

Moja ocena: 6/10 👍👍👍👍👍👍🤜🤜🤜🤜