Jak pamiętacie, lub nie, pisząc recenzję Aorty, byłam w trakcie czytania kolejnego, drugiego, tomu serii pruszkowskiej. Po pierwszym tomie czułam ogromne zaciekawienie co będzie dalej, jak się potoczą losy bohaterów, ale nie było to uczucie na tyle intensywne aby prawie miesięczna przerwa zrobiła na mnie jakieś kolosalne wrażenie.

Ot przerwa jak przerwa, choć muszę się Wam przyznać, że zaczynając Krew musiałam kilka razy zajrzeć do Aorty, bo najzwyczajniej w świecie wygrała moja skleroza i delikatnie mówiąc o niektórych detalach zapomniałam. Czym tym razem zaskoczy nas Szczygielski? Na początek zostawiam Wam opis z okładki:
Życie w szpitalu psychiatrycznym płynie inaczej niż poza jego murami. Na własnej skórze przekonuje się o tym komisarz Gabriel Byś. Snujący się między niszczejącymi budynkami pacjenci obserwują każdą nową twarz. W Tworkach dochodzi do makabrycznego zdarzenia, którego nie da się racjonalnie wyjaśnić. Sprawy komplikują się, gdy na miejscu zbrodni zaczynają pojawiać się ludzie, wierzący w to, że wydarzył się cud. Ile z tego, co Gabriel widzi, jest prawdą, a ile to tylko wymysł jego otumanionej lekami głowy? Kiedy zostaje popełniona kolejna zbrodnia, Gabriel czuje, że traci grunt pod nogami i popada w obłęd. Do czego będzie zdolny się posunąć, by poznać prawdę?
Wydarzenia w Krwi dzieją się jakiś czas po dramatycznym finale Aorty i zastajemy naszych bohaterów w zgoła innych okolicznościach. Gabriel zamieszkał w słynnym szpitalu psychiatrycznym w Tworkach, gdzie dochodzi do siebie, do normalności. Ten świat szpitala psychiatrycznego ma swój rytm, który płynie spokojnie i powoli, do czasu gdy wydarzy się niespodziewana zbrodnia i dawny, policyjny świat Gabriela powróci do niego ze zdwojoną siłą. Jednocześnie poznajemy dalsze losy prostytutki Kaśki. To właśnie jej historia mnie najbardziej zafascynowała w Aorcie, więc bardzo się ucieszyłam, że w kolejnym tomie pruszkowskiej trylogii to właśnie jej historia jest tą, która nadaje biegu, rytmu i pędu. Wydarzenia, które spotykają Kaśkę są o wiele bardziej burzliwe niż to z czym mogliśmy się spotkać w Aorcie. Kiedy już myślimy, że super w końcu jej się udało autor zaskakuje nas woltą, której chyba nikt się nie spodziewał (ja na pewno) i trach! wszystko się sypie jeszcze bardziej niż wcześniej. A na koniec mamy elegancki „cliffhanger”, bo inaczej nie wypada nazwać tej wolty, którą dostajemy na zakończenie. I jedyne co nam przechodzi przez myśl to „O matko, co on znowu wymyślił? Jak to się u diabła skończy?”. I dlatego właśnie uważam, że Krew to najlepszy tom trylogii o Gabrielu Bysiu. Przez ten spokojny klimat, z którego wyrwą nas takie wolty, że będziemy się zastanawiali czy aby na pewno byliśmy w tym, a nie w innym momencie? Nie obyło się oczywiście bez dłużyzn i momentów, kiedy tak sklerotyczny czytelnik zastanawia się, ale o co tam chodziło. Jednak to właśnie Krew jest najlepszym tomem trylogii według mnie.
Za możliwość przeczytania dziękuję @dreamingyarn
Moja ocena: 9/10 👍👍👍👍👍👍👍👍👍🤜