Dzisiaj pozostawiam Wam moją pierwszą recenzję książkową, jako że pierwsza to będzie podwójna. Mam nadzieję, że Wam się spodoba. Dajcie znać w komentarzu czy się Wam spodobały, co Wam się nie podoba, czy kontynuować recenzje, a może chcielibyście żeby we wpisie była moja skala ocen?

Jakiś czas temu wrzuciłam Wam recenzję filmu, która rozpoczęła po cichutku dział recenzji, jeszcze z malutkiej litery bo nie jestem pewna czy Wam się podoba. Przeszła jednak bez większego echa, być może medium nie to, a może po prostu film Was nie zainteresował. Próbuję więc pod innym kątem – książkowym. Oba tytuły trafiły do mnie podczas ubiegłorocznej 4-tej Wymiany Książkowej i już poszły w świat 😉 Recenzje powstały, gdyż rzadko sięgam po tytuły polskich autorów. Wyjątkiem była dla mnie zawsze Joanna Chmielewska, którą pochłonęłam swego czasu w całości 😉

Shit rok w brukowcu

Ciekawiło Was kiedyś jak wygląda praca w typowym brukowcu? Takim jak Fakt czy Superexpress? Możecie się tam zatrudnić i sprawdzić swoje przekonania z bolesną rzeczywistością lub… pójść prostszą drogą i sięgnąć po książkę Joanny Żebrowskiej „Shit! Rok w brukowcu”, która, uwierzcie mi na słowo, przeniesie Was w świat absurdu i groteski brukowców. Fabuła jest bardzo dynamiczna i zgrabnie nas prowadzi przez rok przygód głównej bohaterki, marzącej o dziennikarskiej karierze, w wątpliwej klasy tytule prasowej. Po tej lekturze z pewnością spojrzycie na niektóre nagłówki z lekkim uśmiechem i zastanowicie się jak mogło być naprawdę. W końcu nic nie sprzeda się lepiej niż tania sensacja. A jej zgodność z prawdą? Cóż, pozostawia wiele do życzenia i w gruncie rzeczy jest mało istotna. Niestety książka ma dwa oblicza – to pierwsze, zabawne i oczywiste, tak przyjemnie się czyta o dziwnych historiach naszej bohaterki. Niestety drugie oblicze pozostawia nas w oszołomieniu, gdy uświadomimy sobie, że te historie mają w sobie nawet więcej niż tylko nutę realizmu. Jeśli tak jak ja znacie kogoś kto miał okazję pracować choć chwilę w którymkolwiek brukowcu, podpytajcie o kilka najbardziej absurdalnych przypadków – niestety raczej Wam potwierdzą. Czy tak ma wyglądać współczesne dziennikarstwo? Czy zmierzamy ku temu by sprzedać to co tanie i sensacyjne, a prawdziwie wartościowe prędzej znajdziemy w sieci, wśród „domorosłych” blogerów i blogerek, którzy często piszą wartościowe artykuły poparte wiedzą, dobrym researchem?

Pozostawiam Was z tym pytaniem i polecam na jesienną lekturę 😉

Stuletnia gospoda

Tytuł Katarzyny Majgier przyciągnął mnie swoim interesującym opisem i piękną okładką. Niestety mojej oczekiwania dość mocno rozminęły się z rzeczywistością. Początek jest tak rozwlekły, że zastanawiałam się czy kiedykolwiek coś się zacznie dziać, czy pozostanie mi ciągnięcie od przepisu do przepisu. Dziać się zaczęło, ale zdecydowanie dość późno. Książka łączy historię dwojga najmłodszych właścicieli gospody przeplatając ją tradycyjnymi daniami prosto z małopolskiej gospody. Sama gospoda bardziej staje się tłem i pochodną aktualnych wydarzeń i przeżyć niż główną bohaterką, czego można by oczekiwać po tytule oraz opisie. Rolę głównej bohaterki przejmuje w pewnym momencie Jagoda i to z jej punktu widzimy resztę historii dwojga młodych ludzi. Zdecydowanie nie podeszła mi ta lektura „dla kucharek”, choć trafiłam już na kilka interesujących tytułów powieści kulinarnych. Ta się do nich nie zalicza i raczej nie wrócę do książek tej autorki.