Dzisiaj będzie krótko, chyba 🙂 jakiś czas temu zakończyła się czwarta już edycja Wielkiej Wymiany Ksiażkowej, w zasadzie to niedługo rozpocznie się kolejna. To fantastyczne wydarzenie organizowane przez Magdę z bloga savethemagicmoments we współpracy z różnymi blogerami. Początkowo miałam Wam napisać po prostu podsumowanie tej edycji, jak tylko dotrą do mnie wszystkie książki. Jednak mój dzisiejszy tekst przedstawi Wam moją niezbyt miłą przygodę – trwającą 2 miesiące, którą miałam okazję przeżyć dzięki firmie Inpost. Jeśli kiedykolwiek przeżyliście podobną historię dajcie znać pod wpisem. Ja w świetle tej przygody porzuciłam wszelkie nadzieje na jakąkolwiek zmianę na lepsze. Jakby nie patrzeć nawet przesyłki z Chin przychodzą szybciej niż przesyłki dostarczane przez Inpost. Mam nadzieje że mimo wszystko dotrwacie do końca 🙂

Na początek, kilka słów o samych Wymianach. Mogą brać w nich udział w zasadzie wszyscy. Wymiany odbywają się dwukrotnie w ciągu roku – na jesieni i na wiosnę. Zatem, jeśli chcielibyście wziąć udział w kolejnej edycji wypatrujcie znaków na blogu Magdy. Ja również będę dawała znać gdy dołączę, więc może być to ciut później.

Co zyskamy biorąc udział w Wymianie Książkowej?

Możliwość poznania nowych ludzi, ich blogów – często zdarza mi się, że zaczynam śledzić blog osoby z którą się wymieniłam. Jednak najważniejszą zaletą Wymiany jest po prostu drugie życie dla ksiażek, które już przeczytaliśmy i odłożyliśmy na półkę. Na moich półkach panuje zwykle podział na tytuły do których wiem, że wrócę i te które były fantastyczną przygodą, ale raczej nie widzę szans na to by do nich wrócić. Oczywiście zdarza się, że jakiś tytuł jest dla mnie totalną porażką i z jakiś powodów nie jestem w stanie przebrnąć przez niego żadną miarą.

Z tytułów wymiankowych przygotowałam dla Was recenzje 2 tytułów: Stuletnia gospoda i Shit! Rok w brukowcu. Pojawią się na blogu pod koniec tygodnia.

Jak taka Wymiana wygląda w praktyce?

Wybierasz tytuł który cię interesuje na czyjejś liście, podajesz listę swoich tytułów na wymianę i czekasz na reakcję drugiej strony. Jeśli druga strona wybrała coś dla siebie z Twojej listy, dogadujecie szczegóły mailowo i wysyłacie swoje tytuły, najczęściej Pocztą Polską. Jeśli chodzi o tytuły na które się wymieniłam podczas ostatniej wymiany większość dotarła do mnie bezproblemowo. Większość, czyli wszystkie które były wysłane starą, dobrą Pocztą Polską dotarły do mnie w przeciągu kilku dni. Jedyny tytuł, który nie był w stanie do mnie dotrzeć w przyzwoitym czasie to ten który miał mi dostarczyć InPost, absolutnie nie z winy nadawcy czy organizatorek wymiany. Historia długa i namiętna, więc krótko jednak nie będzie. Ale zacznę od początku.

„Przygoda” z Inpostem w częściach i jej zakończenie

Książka została do mnie wysłana 10.10. Jak na ironię właśnie się pochorowałam, a razem ze mną młodsza latorośl. Pomyślicie – fajnie, byłaś w domu w czasie gdy kurierzy rozwożą przesyłki. Tak samo myślałam, gdy 3 dni później – nomen omen – w piątek 13 zobaczyłam status „przesyłka w doręczeniu”. I na tym moje szczęście się skończyło, bo jeszcze tego samego dnia przed 15 przesyłka zmieniła status na „dostarczona do Punktu Obsługi Przesyłek (POP1) z powodu nieobecności adresata”. Ale jak to? Przecież byłam cały dzień w domu! Niestety z chorym dzieckiem nie było szansy na wyprawę po paczkę. A czasu mało bo po 3 dniach odeśla ja do Nadawcy. Usypiam dziecię i dawaj dzwonić na Infolinię dowiedzieć się co dalej, bo przecież mam przesyłkę na adres, dziecię chore, punkt mało ciekawy (wręcz najgorszy w tym rejonie) dla poruszajacych się komunikacją i to jeszcze z wózkiem. Złożona interwencja numer 1. Prób doręczenia nadal nie było, dojechać do punktu też mi się nie udało, więc 18 października dzwonię sprawdzić czy przesyłka jest i czy przetrzymają mi ją do soboty – spróbują. Dobra, znaczy może w końcu odbiorę moja przesyłkę. 2 dni później wyruszyłam w końcu do Punktu POP1 i…. jakież było moje zdziwienie, gdy się okazało, że przesyłki jednak nie ma w tym punkcie. Czyżby wróciła do Nadawcy? Bynajmniej! Moje zdziwienie wynikało z tego, że paczka po prostu zmieniła Punkt! Kurier przyjechał i zawiózł ja do POP2, który o tej wieczornej godzinie już był zamknięty, podobnie jak w kolejne weekendowe dni. Znowu kontakt z infolinią, aby się dowiedzieć do kiedy paczka będzie w tym nowym punkcie i czy mogliby jednak na adres dostarczyć przesyłkę (punkt tak krótko czynny, że musiałabym z pracy się zwalniać by zdążyć…)? Mieli podjąć próby, ale kto wie jak z tym było. Niemniej po kolejnych kilku dniach sprawdzając status przesyłki okazało się, że moja przesyłka powróciła do POP1… czyli czekał mnie kolejny telefon na infolinię. Po 2 tygodniach wędrówek przesyłki po Pradze uznałam, że może bezpieczniej byłoby gdyby dostarczyli mi ją do pracy – zmieniłam więc adres dostawy na firmowy, w końcu całymi dniami ktoś tutaj jest, więc nie ma jak nie trafić.

I tutaj zaczyna się doprawdy najciekawszy etap podróży mojej przesyłki. Po raz pierwszy, na początku listopada, Inpost podjął próbę dostarczenia przesyłki. Tak, próbę, bo nie wiem czy faktycznie, gdyż kurier z którym tego dnia się kontaktowałam opowiadał takie bzdury, przy tym wprost mnie obrażajac, że nie mam do końca pewności czy rzeczywiście był na właściwej ulicy nie mogąc znaleźć numeru, który sam sobie wymyślił czy też jest to regularna technika tego kuriera. Samo zachowanie kuriera pozostawiało naprawdę wiele do życzenia – począwszy od nieprzyjemnych słów, które usłyszałam na dzień dobry oddzwaniając i próbujac się dowiedzieć z kim w ogóle rozmawiam. Niestety usłyszałam, że moim „zasranym obowiązkiem” jest odbieranie telefonu i nie moja sprawa z jakiej firmy jest kurier z którym rozmawiam, bo powinnam to wiedzieć oddzwaniając. W końcu zawsze zamawiam tylko jedną paczkę na raz… Oczywiście ów kurier zanim byłam w stanie dowiedzieć się czegoś rzeczowego – na przykład co dalej będzie z przesyłką – w połowie zdania się rozłączył. Moje rozmowy z kurierem na tym się skończyły, liczac na to, że może mężowi uda się czegoś dowiedzieć, poprosiłam żeby skontaktował się z kurierem i dowiedział jakiś konkretów. Niestety tutaj efekt był bardzo podobny jak podczas moich rozmów, czyli teksty o tym jaki to mam obowiązek odbierać telefon, gdy ktoś do mnie dzwoni i zero konkretów co dalej z przesyłką. Wobec takiego obrotu rzeczy zadzwoniłam na Infolinię Inpost, aby się dowiedzieć czegoś konkretnego. Na dzień dobry konsultant się bardzo zdziwił skąd tak dziwny adres który podał mi kurier bo w systemie widnieje ten adres który podaję ja – czyli co? Próba dostarczenia była jedną wielką ułudą? Niemniej tradycyjnie zapewniono mnie, że zostanie podjęta kolejna próba dostarczenia na adres lub do wybranego przeze mnie punktu odbioru. Natomiast w temacie zachowania kuriera doradzono mi złożenie pisemnej reklamacji. Zebrałam więc dokumentację zdjęciowa oraz opisałam „rozmowy” z kurierem i wysłałam reklamację ze strony Inpost. Formularz reklamacyjny ma przy okazji rubryczek co nie miara – na Infolinii wystarczy numer przesyłki, a tutaj cała masa dodatkowych informacji, brakowało jeszcze pola gdzie przesyłka została nadana. W końcu nie należy ułatwiać użytkownikowi procesu reklamacyjnego.

Zapytacie – a co z przesyłką? Hmmm… jakiś tydzień po powyższej smakowitej przygodzie przesyłka wylądowała na głębokim Mordorze. Dlaczego? Tak do końca nikt nie wiedział i nikt nie był w stanie mi wytłumaczyć. Po kolejnym tygodniu przyszła odpowiedź na reklamację – pozytywna! W ramach zadośćuczynienia miałam dostać zwrot kosztów dostawy. Oczywiście nie mogło być tak różowo, aby otrzymać środki trzeba było przesłać 5 kolejnych informacji i dokumentów również takich od nadawcy (który przez miesiac zdążył zapewne zapomnieć o przesyłce). Na szczęście zebrałam wszystko i przesłałam do Inpostu. W międzyczasie dzwoniąc na Infolinię dowiadywałam się co z przesyłką. Wieści nie były zbyt dobre – przez kolejne 2 tygodnie listopada próbowano się dowiedzieć gdzie jest paczka, gdyż pomimo statusu w Punkcie w Mordorze, wedle Infolinii paczki tam nie ma, gdyż wyruszyła do Nadawcy, do Warszawy. Do Warszawy? Ale jak to? W Warszawie jestem ja, Adresat! A Nadawca jest gdzieś na podkarpaciu, na drugim krańcu kraju. To jak to możliwe, że paczka wyruszyła z Warszawy do Warszawy? Tego też nikt nie wiedział. Natomiast dowiedziałam się, że być może oznacza to, że przesyłka wyruszyła do Punktu Przesyłek Zaginionych. No cóż, plus tej sytuacji był taki, że miałam dostać zwrot kosztów przesyłki. Przestałam wydzwaniać do Inpostu co z przesyłką.

Wyobraźcie więc sobie moje zdziwienie, gdy po całym dniu spotkań na moim firmowym biurku zobaczyłam przesyłkę z logo Inpost! Dokładnie po 2 miesiącach moja przesyłka krążąca po absolutnie całej Warszawie w końcu jakimś magicznym sposobem do mnie dotarła! Piszę magicznym, gdyż niestety nie miałam okazji spotkać osoby doręczającej tę przesyłkę. W temacie uznanej reklamacji – uznana w listopadzie – zwrot kosztów przesyłki otrzymałam sic! po 2 miesiącach! Przypadek? Nie sądzę. Raczej nowe standardy firmy Inpost – 2 miesiące.

Nie dziwcie się zatem, że powyższa przygoda kończy moją jakąkolwiek współpracę z firmą Inpost. Jak nic, po utracie przesyłek sądowych firma upada, niestety jak widać po powyższej historii o ile w małych miastach zarówno paczkomaty i kurierzy działaja całkiem prężnie, o tyle w samym centrum kraju, w stolicy, a dokładniej w jej centrum paczkomaty stanowia raczej ozdobę nie pełniąca od wielu miesięcy żadnej funkcji, dostawa na adres jest jedną wielką kpiną nigdy nie realizowaną (albo realizowaną po 2 miesiącach). Zamiast tego kurierzy elegancko dostarczają do najwygodniejszego dla nich – czytaj: najbardziej odległego dla każdego poruszającego się komunikacją miejską użytkownika i często również o utrudnionym dostępie dla osób z wózkiem. Infolinia wyraża głębokie ubolewanie z którego niewiele wynika. Krótko mówiąc o ile nikt się nie zlituje i nie odeśle w określonym Regulaminowo terminie przesyłki do Nadawcy masz marne szanse na to by przesyłka do ciebie dotarła. Choć jak widać po mojej historii rozwiązaniem może być również uzbrojenie się w cierpliwość i odczekanie 2 miesiące na dostarczenie przesyłki. Tylko jak na tobpatrzeć jeśli przesyłki z Chin dochodzą szybciej?

Macie swoje doświadczenia z Inpostem? Pozytywne, negatywne? Może jakaś śmieszna historia? Napiszcie koniecznie pod wpisem.